Będzińskie getto – wyspa śmierci, piekło na ziemi. Miejsce, gdzie każdy dzień był walką, której ceną było życie lub chociaż próba zachowania resztek człowieczeństwa. Udało się niewielu.

Jest rok 1942. W całym kraju giną ludzie, żołnierze i cywile. Jednak los, jaki zgotowała III Rzesza Żydom, pozostaje do dziś trudny do zrozumienia. Miliony giną w gettach i obozach koncentracyjnych. Nie inaczej jest w Będzinie, gdzie na terenie Starego Warpia „Kamionka” Niemcy zorganizowali getto. Głód, cierpienie, strach, niewyobrażalny terror – to codzienność kilkudziesięciu tysięcy osób zgromadzonych na tej będzińskiej „wyspie śmierci”, jak nazwali to miejsce mieszkający w nim ludzie. Pozbawieni wszystkiego i wszelkich praw, nawet do godnej śmierci, stłoczeni czekali w kolejce do transportów w jednym kierunku – pieców Auschwitz. Przeżyć to piekło udało się tylko nielicznym.

– Pod koniec 1942 roku. prawie wszyscy Żydzi wiedzieli już o eksterminacji ich braci i sióstr z innych rejonów Polski. Informacje z Oświęcimia, z Warszawy, Krakowa nie dawały żadnych złudzeń, co do przyszłości. Mimo to tliła się tu nadzieja. Na początku 1943 r. na terenie Zagłębia wciąż mieszkało około 61 tys. Żydów, z czego ponad 18 tys. w samym Będzinie. Większość z nich pracowała w dużych nazistowskich fabrykach, znanych jako „szopy”. Kto pracował, ten był potrzebny i mógł uniknąć deportacji do obozu zagłady – mówi Adam Szydłowski, regionalista, twórca Dni Kultury Żydowskiej w

Rysunek Elli Liberman, Żydówki, która do Będzina trafiła w 1938 roku – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego
Rysunek Elli Liberman, Żydówki, która do Będzina trafiła w 1938 roku – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego

Będzinie i Cafe Jerozolima, autor wielu publikacji o historii Żydów.
Jak pisze A. Rohnen, wysiedlanie do getta na Kamionkę rozpoczęło się jesienią 1942, a zakończyło wiosną 1943 roku. Będzińskie getto, w odróżnieniu od innych tego typu miejsc w Polsce, nie było otoczone murem, a jedynie posterunkami, gdzieniegdzie znajdowały się także zasieki i tabliczki ostrzegawcze o zakazie jego opuszczania. Od czerwca 1942 r. działał tu także szpital.

– Będzińskie getto przypominało bardziej obóz pracy, miasteczko odcięte od świata, ale tętniące życiem i wegetujące z nadzieją na przeżycie. Ci ludzie łudzili się, że są potrzebni – dodaje Szydłowski.

Szop Rosnera – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego
Szop Rosnera – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego

Początkowo do Auschwitz wywożono tylko ludzi starszych i chorych, którzy nie byli zdolni do pracy w niemieckich fabrykach. Dlatego, jak podają źródła, do połowy sierpnia 1942 r. z Będzina deportowano „tylko” około 2400 Żydów. Dopiero wtedy nastąpiła koncentracja ludności w jednym miejscu i ostateczna selekcja. Miejscem tym było boisko „Hakoachu”, gdzie 12 sierpnia 1942 pod pozorem stemplowania dokumentów rozpoczęła się faktyczna selekcja prowadzona przez Dreiera i Kuczyńskiego.

Rysunek Elli Liberman, Żydówki, która do Będzina trafiła w 1938 roku – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego

Jak wyglądała selekcja? – Pamiętam, że część Żydów, przeczuwając co tak naprawdę znaczy selekcja, którą dowodził Kuczyński, przed zbiórką malowała sobie włosy na czarno, chcąc w ten sposób odmłodzić się. Podczas selekcji nad boiskiem rozpętała się burza i woda zaczęła zmywać farbę z włosów, która zaczęła spływać po twarzach. Proszę sobie wyobrazić obraz ludzi pełnych lęku, strachu i do tego ze strużkami farby na twarzach. To był przerażający widok. Część osób wiedziała, że selekcja i przydział do „3” to śmierć. Kiedy ujrzałam w grupie nr 3 dzieci i starców, zrozumiałam, że będzie źle, że to są właśnie osoby niepotrzebne III Rzeszy, osoby skazane na śmierć w piecach Auschwitz. Wzrok Kuczyńskiego był przerażający i przeszywający. Baliśmy się go wszyscy. Był panem życia i śmierci – wspominała ocalała z holocaustu Linka Gold, przyjaciółka szkolna Rutki Laskier, która w ostatnim roku życia prowadziła pamiętnik, wydany dopiero 60 lat po holokauście. Stał się on sensacją na skalę pamiętnika Dawida Rubinowicza.

Linka Gold ocalała z rodziną, ponieważ jej ojcu udało się załatwić paszporty paragwajskie wydawane przez konsulat Szwajcarii. W maju 1943 roku z całą rodziną udała się transportem kolejowym w kierunku Austrii i Szwajcarii. Grupa ocalałych dzięki paszportom liczyła 19 osób.

Kamienica przy ulicy Podsiadły 24 w Będzinie – fot. AR
Kamienica przy ulicy Podsiadły 24 w Będzinie – fot. AR

1 sierpnia 1943 roku rozpoczęła się ostateczna likwidacja getta i masowa deportacja do Auschwitz. Niezwykłe istotne jest, że w warunkach tak straszliwego terroru w getcie działała Zagłębiowska Żydowska Organizacja Bojowa. Ci ludzie, w większości bardzo młodzi, nie posiadali prawie żadnego uzbrojenia. Całe podziemie dysponowało zaledwie kilkunastoma pistoletami, paroma granatami i bombami własnej produkcji.

Pisząc o heroicznej walce osób, które wiedziały, że ich opór z góry skazany jest na klęskę, nie sposób nie wspomnieć o dramacie rozegranym w murach kamienicy numer 24 przy ul. Podsiadły. To tu 3 sierpnia 1943 r., w bunkrze, który znajdował się pod stodołą, a przejście do niego w kamienicy, bronili się m.in. Frumka Płotnicka, Herszel Szpringier i Baruch Gaftek.

– Z terenu getta Niemcy nie wysiedlili czterech polskich rodzin. I to właśnie z relacji Marii Polak, do której rodziny należała kamienica przy ul. Podsiadły, wiemy, co się wtedy stało. W okolicy domu powstał prowizoryczny bunkier, w którym schronili się członkowie ruchu oporu. To byli – 16, 17 i 22-latkowie. Oni wiedzieli, że oznacza to dla nich pewną śmierć, jednak postanowili stawić opór – mówi Karolina Jakoweńko z Fundacji Brama Cukermana.

Wydarzenia na Kamionce dokładnie opisuje Renata Kukiełka, w książce o upadku wojowników z Będzina: „Baruch Gaftek, dowódca ruchu, usłyszał glosy Niemców stojących na dworze. Był przekonany, że Niemcy wykryli bunkier i zaczął strzelać, mówiąc: zabijmy ich wpierw. Ludzie w bunkrze byli gotowi do walki, kule sięgnęły celu i dwaj Niemcy zostali zabici. Na odgłos strzałów zleciał się dużo Niemców, którzy się wściekali, nie mogąc pojąć, że są także Żydzi walczący. Dochodzą krzyki walczących w bunkrze. Niemcy strzelają i rzucają granaty. Bunkier się pali. I w końcu cisza”.

– Mieszkańcy Zagłębia mogą być dumni, że Będzin należy do nielicznych miast w Polsce, które wzięły zbrojny udział w oporze przeciw nazistowskiej bestii. W imieniu poległych bohaterów przyrzekamy: Never Again! Nigdy więcej! – mówi Menachem (Lior) Liwer, członek będzińskiego ruchu oporu, któremu udało się przeżyć, obecnie przewodniczący Światowego Związków Żydów Zagłębia.

Dawid Klejman podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie w 2003 roku – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego
Dawid Klejman podczas uroczystości upamiętnienia ofiar holokaustu w Będzinie w 2003 roku – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego

Getto zlikwidowano w lutym 1944 r. W grupie ostatnich osób, które je opuściło i zdołało przeżyć, był Dawid Klejman. Cudem uniknął transportu do Oświęcimia.

– 11 sierpnia 1943 r. nie było już Żydów na Kamionce, wszyscy byli wysiedleni transportami kolejowymi do obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu. Kilkanaście osób czekało w baraku na transport, który miał być autem ciężarowym wysłany do obozu. Zapadła noc. Wygłodzeni przespaliśmy się na podłodze. Nazajutrz około godziny 12 widziałem, że kobiety dzielą gorącą zupę. Sparzyłem talerz i stałem w kolejce, aby zdobyć trochę kartoflanki dla moich starych wygłodniałych Rodziców, a byłem w kolejce ze 2 metry od kociołka zupy. Nagle złapał mnie żołnierz z tyłu za kołnierz i powiedział, że będziemy nosić wodę. (…) Po godzinie odprowadził mnie do baraku, gdzie moi Rodzice i inni znajomi czekali na transport do Oświęcimia. Nikogo już nie było, barak był pusty. Wybuchnąłem płaczem. Już więcej mojej rodziny nie widziałem. Dowiedziałem się później, że wszystkie transporty wysłane autami do obozu koncentracyjnego pojechały prost do krematorium, nikt z tej grupy nie przeżył – wspominał w 2003 roku w Będzinie Klejman.

Menachem (Lior) Liwer – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego
Menachem (Lior) Liwer – fot. archiwum prywatne Adama Szydłowskiego

Jedną z nielicznych osób i ostatnich członków ruchu oporu w getcie będzińskim, któremu udało się przeżyć wojnę, jest wspomniany już Menachem (Lior) Liwer.

– Mój ojciec nawiązał kontakt z grupą żydowskiego ruchu oporu na aryjskiej stronie. Z ich pomocą w roku 1943 uciekliśmy z getta i przez jakiś czas ukrywaliśmy się u Polaków. Rodzice w Będzinie u państwa Nowak, a ja w Michałkowicach u państwa Kobylec. Grodziło nam niebezpieczeństwo i zmuszeni byliśmy uciec z Polski. Udało się nam nawiązać kontakt z przemytnikami, którzy przeprowadzili mnie wraz z rodzicami do Słowacji. Przez góry i rzeki w ciężkich warunkach, europejskiej zimy, przeszliśmy dwie granice do Węgier i Rumunii. Stamtąd okrętem przez Morze Czarne do Istambułu w Turcji. Następnie pod eskortą wojska angielskiego pociągiem towarowym 17 lipca 1944 roku przybyliśmy do Palestyny – mówi Menachem (Lior) Liwer.

Pan Menachem należał do podziemnego ruchu „Hagana”, organizacji paramilitarnej, działającej w latach 1920-48 w ówczesnym Mandacie Palestyny. Po II wojnie światowej organizowała nielegalną imigrację ocalonych z holocaustu. Po utworzeniu niepodległego państwa Izrael stała się podstawą Sił Obronnych Izraela.

– W roku 1948 brałem udział w walkach o Jerozolimę i kibuc Maale Hachamisza, który znajduje się w okolicy Jerozolimy. W wojsku, w siłach powietrznych służyłem 25 lat, osiągnąłem rangę pułkownika. Byłem także głównym szefem departamentu budżetu lotnictwa izraelskiego, dyrektorem działu finansowego w magistracie Tel Awiwu i wicedyrektorem El Al – największych linii lotniczych w Izraelu – mówi.

Obecnie mieszka w Izraelu z żoną Hanną Szolowicz z Łodzi, która także przeżyła holokaust. Mają troje dzieci i czterech wnuków.

– Co do pomocy udzielanej Żydom przez Polaków mam podejście ambiwalentne. Byli Polacy i byli Polacy. Mojego wujka ukrywała w Będzinie znajoma Polka. Niestety Polacy rozpoznali, że jest Żydem i wydali go Niemcom. Został zgładzony w Auschwitz. Moi rodzice ukrywali się u państwa Nowak, za co ci otrzymywali pieniądze. Nowakowie przy każdej okazji szantażowali ich żądając więcej pieniędzy. Dopiero kiedy Roman Kołodziej, Polak który nam pomagał, zagroził im śmiercią zaprzestali szantażu – wspomina Liwer.

Ostatnie dni getta – rekonstrukcja z 2010 roku – fot. Ariadna Barszcz
Ostatnie dni getta – rekonstrukcja z 2010 roku – fot. Ariadna Barszcz

Kolejną osobą, która walczyła w ruchu oporu i zdołała się uratować, był Zev (Lerona) Londner. W czasie uroczystości upamiętniających ofiary getta w 2003 r. w Będzinie wspomniał o poległych kolegach: „Dzisiaj dokładnie upłynęło 61 lat i 2 miesiące od likwidacji getta – 1 czerwca 1943 roku. Hitler i część narodu niemieckiego, która szła za nim ślepo, chcieli zlikwidować wszystkich Żydów w Europie i Afryce, zabić ich, zamordować, zagazować i spalić. Ale naród żydowski, jest wolny i My tutaj, dzisiaj na tym placu, przyjechaliśmy w imieniu pierwszego, drugiego i trzeciego pokolenia holokaustu. Herszel i Izrael – ZWYCIĘSTWO JEST NASZE! (..)”.

Bibliografia: archiwum prywatne Adama Szydłowskiego, Księga Pamięci Zagłębia „Pamiętnik Rutki Laskier”, „Będzińskie Getto – Wyspa śmierci” Adam Szydłowski, „Żydzi z Będzina” Avihu Rohnen

Skomentuj przez Facebook

6 KOMENTARZE

  1. […] W naszym regionie z ludnością żydowską kojarzony jest przede wszystkim Będzin, gdzie na terenie…. Niewiele osób wie, że Żydzi mieszkali także w Dąbrowie Górniczej. Przed wojną, dokładnie w 1931 roku było ich 5150. Stanowili około 14 procent ogółu mieszkańców. Mieli synagogę i kilka domów modlitw. W 1946 roku „odliczyło” się tylko 52, ale i oni wyemigrowali na zachód Europy i do Palestyny. Po 1947 roku nie pozostał nikt. […]

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here