Bajki i legendy inspirowane wydarzeniami historycznymi z dziejów Zagłębia łączą ze sobą elementy fikcji literackiej i prawdy historycznej. Dzięki nim mieszkańcy pogłębią więź ze swoją małą ojczyzną.

Miejskie legendy pozwalają poznać fakty z historii regionu, przedstawione w niekonwencjonalny, oryginalny i baśniowy sposób. Zamieszczone legendy i podania pochodzą z oryginalnych zeszytów Mariana Kantora-Mirskiego z lat 1931 i 1932.

Diabelskie kamienie (Będzin)

Przy budowie kościółka na Dorotce zdarzało się, że to, co murarze jednego dnia wybudowali, zostało w nocy rozburzone. Gdy ówczesny pleban ks. Lipnicki zauważył psoty, postawił straż nocną przy budowie, z poleceniem ujęcia sprawców. Pierwszej nocy wartownicy nic i nikogo nie zauważyli. Na drugą noc, około północka, usłyszeli jakieś okropne szumy w powietrzu, a za chwilę spostrzegli, jak kawały skał zaczęły spadać dokoła budującego się kościółka.

Przestraszeni strażnicy pouciekali ze swych stanowisk, a rano rozniosła się po osadzie wieść, że złe duchy znoszą kamienie, aby nimi zburzyć budującą się świątynię. Ksiądz pleban oglądnąwszy kamienie, postanowił egzorcyzmami przepędzić złe duchy ze wzgórza. W najbliższą niedzielę z procesją wyruszył z kościoła na wzgórze i tu wśród modlitw poświęcił jeszcze raz szczyt góry na cztery strony świata.

Gdy wieczór się zbliżył, wyszli wartownicy na swoje miejsca, by pilnować rozpoczętej roboty. Do północka cisza panowała dokoła. Lecz o samej północy znów coś straszliwie zaszumiało. Od strony północnej zjawiła się zgraja czarnych diabłów. Spadłszy na polanę otaczającą budowlę, już uchwycili w pazury olbrzymie kamienie, aby nimi zburzyć mury świątyni. Lecz w tym momencie od wschodu pojawiło się kilka aniołów, które rozpoczęły walkę z szatanami, wytrącając im z łap kamienie z taką siłą, że spadły aż w okolicach Siemianowic, gdzie do dzisiaj leżą potłuczone na mniejsze odłamki, na przestrzeni kilku mil z widocznymi śladami pazurów.

Część naznoszonych przez szatany kamieni, dotychczas oglądać można obok murów kościółka na Dorotce. Ale od tego czasu już złe duchy więcej nie ukazały się na wzgórzu i nie przeszkadzały w dokończeniu budowy kościółka.

Fiołki królowej Jadwigi (Dąbrowa Górnicza)

Już za czasów królowej Jadwigi, miała stać na wzgórzu Gołonoga kapliczka, w której był obraz cudami słynący. Dowiedziała się o nim Jadwiga, żona Jagiełły i pewnego razu wybrała się na pielgrzymkę do kapliczki gołonoskiej.

Skalna góra była wówczas znacznie wyższa, a stoki jej zawalone odłamkami kamieni. Dostęp na szczyt był bardzo utrudniony, lecz królowa nie zważała na to, tylko przybywszy na miejsce, zdjęła obuwie, postanawiając wyjść na szczyt boso.

Towarzyszący królowej dwór odradzał swej pani podróż na bosaka, lecz nie na wiele się to przydało. Rozpoczęła się podróż na szczyt wzgórza. Wszyscy z trwogą spoglądali na bose nóżki monarchini i czekali, że rychło poleje się krew z nóg pokaleczonych ostrymi odłamkami skały. Lecz o dziwo, patrzą ludzie i oczom nie wierzą! Gdziekolwiek spocznie stopa bosych nóg królowej, tam wszędzie wyrasta trawa i kępy przecudnych, wonnych fiołków.

Zdumiony dwór skwapliwie zdejmuje więc obuwie i w wielkiej pokorze kroczy boso za swą panią. Tak doszli do kościółka, co stał na górze, w tym miejscu, gdzie dzisiaj widnieje maleńka kapliczka na cmentarzu. Od tego czasu nie uświadczysz fiołków w okolicy, tylko na górze gołonoskiej.

O białej damie (Ogrodzieniec)

Miała być córką Jana Bonera, a na imię jej było Olimpia. Potajemnie miłowała Stanisława Kmitę, który z nieznanych bliżej powodów skoczył ze skały w Zabierzowie pod Krakowem (dziś skała zwie się Skałą Kmity) i poniósł śmierć na miejscu. Smutna to historia.

Zrozpaczona Olimpia po stracie ukochanego, zamknęła się w baszcie południowej zamku ogrodzienieckiego. Pewnej nocy wyskoczyła z najwyższego piętra baszty, rozbijając się o skałę, na którą spadła.

W niedługi czas później zaczęła ukazywać się w różnych punktach zamku, ubrana w biel, strasząc służbę i rycerstwo. Widmo jej zniknęło na pewien czas, gdy zamek popadł w ruinę. Przed niedawnym czasem jej widmo znów się ukazało i straszy ludek okolicy.

Tajemnicze barany (Sosnowiec)

Idąc z Sosnowca do Zagórza, na skraju wsi po prawej stronie drogi, widnieje mały kopiec ułożony z kamieni, na szczycie którego sterczy żelazny krzyż. O tym kopcu tak legenda opowiada:

Było to mniej więcej przed stu laty. Ówczesny dziedzic Zagórza za namową swej małżonki postanowił wznieść w wiosce kościół. Wybrał w tym celu plac, na którym obecnie widnieje kopiec. Plac ten jednak nie spodobał się żonie pana Mieroszewskiego, która pragnęła wznieść kościół w pobliżu starożytnej kapliczki. Na tym tle przyszło do sporów między małżonkami, które czasem przybierały gwałtowny charakter.

Ostatecznie Mieroszewski postawił na swoim. Wyznaczył plac, z wielką uroczystością poświęcił i zaczął zwozić kamienie na fundamenta. Zaledwie kilka fur zwieziono, gdy w nocy zjawiły się na placu tajemnicze barany, które rogami i głowami rozwaliły kupę kamieni, a następnie dziwnym sposobem poodciągały je w różne strony. Świadkowie tego zdarzenia opowiedzieli je dziedzicowi. Ten najpierw obatożył opowiadających, a potem poszedł przekonać się o prawdziwości zdarzenia. Przybywszy na miejsce, zobaczył rzeczywiście porozwalane i porozrzucane głazy. Kazał je natychmiast poznosić na swoje miejsce, a na noc postawił przy nich silną wartę.

I cóż się stało? W nocy zjawiły się tajemnicze barany, pobodły i potłukły wartowników, że z wielkim strachem i guzami pouciekali z placu, roznosząc panikę po wsi. Dowiedział się o tyn Mieroszewski i sam wśród nocy pobiegł na plac. Zaledwie znalazł się na miejscu, gdy doskoczył jeden baran, trzasnął w dziedzica rogami, aż koziołka wywrócił i przepadł w ciemności.

Potłuczony dziedzic, zrezygnował z budowy kościoła na wybranym przez siebie miejscu i zgodził się na plac wyznaczony przez żonę.

Od tego czasu tajemnicze barany już więcej nie pokazały się nikomu. Na miejscu zaś wydarzenia, po wybudowaniu kościółka (w tym miejscu, gdzie stoi on do dziś) postawiono krzyż wśród kamieni, które były przeznaczone na budowę świątyni.

Skąd Madera w Czeladzi?

Był to rok 1932. Marszałek Józef Piłsudski, nieuleczalnie już wówczas chory, wyjechał na kurację czy raczej na wypoczynek na Maderę. Pod jego nieobecność prasa endecka pozwalała sobie na wiele. Pisała m.in.: „Kto to taki? Siedzi na Maderze, orzeszki se łupie, a Polskę ma w d…”.

W tym czasie w Czeladzi wiele się o marszałku Józefie Piłsudskim mówiło. Rada Miejska nadała mu tytuł „Honorowego Obywatela miasta Czeladzi”, gdyż dawniej tu bywał.

Józef Nieszporek miał pole w północnej części Czeladzi koło Przełajki. Pędzi tedy biedak, by obrobić ów kawałek ziemi, a tu po drodze zaczepia go sąsiadka: – Józefie, dokąd to pędzicie?

– Jak to dokąd? Na Maderę, odpocząć trochę.

Ta, rozbawiona, powtórzyła innym. I tak przylepiła się ta nazwa do północnej części miasta. Powtarzana, coraz częściej, utrwaliła się, mimo iż z pobytem marszałka Piłsudskiego na Maderze nikt już dzisiaj tej nazwy nie łączy.

Bibliografia: Zeszyty Mariana Kantora-Mirskiego, Stanisław Jędrzejek „Sosnowiec. Opowiadania i legendy z Sosnowcem związane”, Opowiadania i legendy z historii Zagłębia Dąbrowskiego pod red. Michała Kaczmarczyka, Forum dla Zagłębia Dąbrowskiego, Wikipedia, UM Czeladź

Skomentuj przez Facebook

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here